Sama już nie wiem gdzie ten sen się zaczął. Pamiętam, że byłam na żaglach, Bad był sternikiem i nie wiem jak, ale był z Nami Kruk, mój kolega z wakacji w Bystrzycy kłodzkiej. Kruk bardzo wyprzystojniał, pamiętam, że trochę sobie na Niego zerkałam z aprobatą. Płynęliśmy długo przez jeziora, dziwne jeziora, których nigdy tak naprawdę nie widziałam, możliwe, że nikt ich nie widział. Jeziora pełne czarnego żwiru, często byliśmy blisko dna, tak że obawialiśmy się osiąść na mieliźnie. Powietrze było w kolorze miodu lipowego, jednakże było w odróżnieniu od Niego rześkie i przyjemny zefir omiatał Nam twarze. W końcu zacumowaliśmy i chłopaki poszli się myć, w sumie to rozebrali się i zeskoczyli do wody. Wszystko widziałam i bez skrępowania podziwiałam. W końcu jakoś się zawstydziłam patrzenia się na jędrne pośladki Kruka i przeniosłam się we śnie.
Jestem w kuchni. Jest noc, zakradam się do lodówki na małe co nieco. Słyszę jak za murkiem na łóżku ktoś jęczy przez sen i nie jest to kobiece pojękiwanie... Gdzie matka? Zerkam ponad murek i widzę... Sama nie wierzę własnym oczom we śnie (w sumie całkiem logiczne), bo widzę Adolfa! tego samego, który mi się już śnił. Jest za długi na łóżko mojej matki, jest mu niewygodnie i stęka przewracając się z boku na bok. Patrzę na to dłuższą chwilę i wyobrażam sobie co by się stało gdyby się obudził. Znowu zawstydzona swoim "kolorowym" myśleniem we śnie budzę się. Po przebudzeniu myślę sobie, co ze mną dziś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz