wtorek, 29 października 2013

Miła przejażdzka i koszmar

     W sobotę śniło mi się, że chciałam wracać autobusem po spotkaniu z Aliszją, ale ni stąd ni zowąd nadjechał Stocki w sportowym samochodzie, ale takim nietypowym, bez bocznych szyb, z pasami na X i z jakiegoś lekkiego tworzywa do tego w kolorze chitynowego pancerzyka żuka... Zapytał, czy mnie gdzieś podwieźć, to powiedziałam, że czemu nie. Wsiadam i jedziemy z pod Dworca Centralnego, piękny słoneczny dzień, wręcz skwarny, ale lubię takie. Myk jak to w moich snach bywa i jesteśmy na autostradzie, a ja myślę, że to nie droga do mnie do domu, ale co tam, ładny dzień na jazdę. Przed nami przejazd nad mostem, dziwne bo most nie ma barierek. Stocki zbacza z kursu, patrzę na niego a on je kanapkę z salami i mówi, że drugie śniadanie... W tym czasie koło przekraczają już most i w zwolnionym tempie, gładko jak piórko puszczone w powietrzu opadamy ku gładkiej tafli wody. Okazuje się, że głeboko nie jest, a samochód i tak się nie topi, bo lekki i z tego podejrzanego tworzywa. Wychodzimy nasze nogi zanurzają się tylko do kolan i roześmiani wyciągamy samochód  z wody, który okazuje się być bardzo lekki. Śmiech, słońce, kanapki i sportowy samochód w kolorze żuczkowego pancerza. Sen się skończył.

     Wczoraj natomiast śniło mi się coś strasznego, jakiś koszmar, teraz jak staram się skupić o czym był, to ktoś mnie dźgał nożem, tak, że aż się obudziłam, gdy moim ciałem coś wstrząsało przez sen.


     Martwię się, że dziś też mi się coś złego przyśni... Po za tym znowu gadam przez sen, ruszam się dziwnie, i możliwe, że lunatykuję, miewam siniaki rano tam gdzie ich przed snem nie było.