wtorek, 14 lutego 2012

Bitwa

     "Plac Zabaw", jestem ze znajomymi. Dobrze się bawimy, śmiejemy, słyszę śmiech Ukry i Petlona, rozglądam się i widzę ich i Jego. Siedzą nieopodal i się z czegoś śmieją. On leży na kurtce i też się śmieje jak Osioł ze Shreka... Widzi mnie, patrzę się z niesmakiem i odwracam wzrok, zajmuję się rozmową ze znajomymi. Podchodzi do mnie jakaś kobieta i mówi, że ma dla mnie informację. Pytam - O co chodzi?- odpowiada - Tamten Pan, który tam leży, zaprasza Panią, mówi że jak zrobi mu Pani loda to może być jak kiedyś - patrzę się na Nią bez wyrazu i myślę, czy jej za to zapłacił, czy przekonał, obie opcje są równie prawdopodobne, Fistaszek ma talent do przekonywania, że coś bez sensu ma sens... Wstaję. Wciągam powietrze. Idę w Jego stronę, ani szybko, ani wolno. Patrzę się szyderczo, wiem, że wszyscy patrzą - I co z tego? - myślę. W tym szalonym świecie, postanawiam być tym który zacznie apokalipsę. Popycham go i upada, wymierzam mocnego kopniaka w Jego nerkę. Klękam prawym kolanem na splocie słonecznym i lewą ręką uderzam w brzuch, mam nadzieję, że w wątrobę - Tyle pije, że to powinno zaboleć - wstaję i znowu kopię tym razem po żebrach. W końcu widać opuszcza go szok i po uderzeniu zbiera się bez tchu z ziemi i ucieka. Siadam na trawie i ze spuszczoną głową zaczynam płakać. Wydaje mi się, że jestem sama, że już nikogo nie ma na świecie. Rozumiem, że jeśli już Ci na kimś zależało to emocje tak łatwo nie odchodzą. Czas mało zmienia, usypia nas tylko, odpowiedni bodziec budzi wszystko. Podpaliłam cały świat, a teraz płonie na moich oczach, a mi jest dalej zimno.
     Budzi mnie telefon.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz