Znowu jedziemy z Babą na rowerach. Z szosy pełnej słońca wjeżdżamy do lasu sosnowego. Jestem trochę zagubiona w czasie, nie jestem pewna czy po zatrzymaniu się chcemy rozbić obóz, czy jak to we śnie coś przeskoczyło i już zbieramy obóz, ale mniejsza z tym. Kręcąc się po obozowisku zauważamy wielkiego Łosia. Łypiąc na nas groźnie rusza do szarży. Baba gdzieś znika, ja wskakuję na drzewo. Nie wiem gdzie zniknął mój towarzysz, zbytnio jestem zajęta trzymaniem się lichych gałęzi sosny, żeby nie spaść gdy rozwścieczony Łoś wali w pień. Nagle złośliwy zwierz uderza tak mocna, że wbija się częścią poroża w drzewo. Nie może się wydostać. Nie wiem ile czasu minęło, ale widzę, ze dzikie zwierze się zmęczyło i opada z sił. Postanawiam zejść, pojawia się Baba. Wpadamy na pomysł, żeby zebrać obóz czym prędzej, a przed odjazdem odciąć kawałek rogu który utknął Łosiowi w sośnie. Boję się, Baba chyba też nie jest pewien co właściwie robimy, ale zostawienie tego Łosia samemu sobie, pewnie oznaczało by dla Niego śmierć. Piłką do metalu odcinamy kawałek poroża, który utknął w drzewie. Łoś już wolny, ma nas gdzieś, idzie sobie, nieco się zataczając. My odjeżdżamy czym prędzej nie czekając, aż zmieni zdanie.
Udało Nam się przed odjazdem wydobyć część poroża z pnia, postanawiamy zrobić sobie po powrocie wisiory z kości ,u Lutka, na pamiątkę.