Idę uliczką, jest lato. Ciepło przyjemnie, zmierzam do pracy zająć się czyimiś dziećmi. Nagle pojawia się przede mną mężczyzna i mówi, ze muszę mu pomóc. Bardzo prosi. Idę za Nim. Wchodzimy na klatkę i drewnianymi, zakurzonymi schodami wchodzimy do mieszkania. Letnie słońce wpada do pokoju, ładnie urządzony, bez przepychu, ale i nie rustykalnie. Mężczyzna tłumaczy mi, że jest swego rodzaju androidem, robotem i ma w brzuchu smocze jajo. Błaga żebym mu to wycięła. Robi mi się słabo, pocę się, we śnie widzę własną bladą twarz, ale godzę się mu pomóc, sama nie wierząc w to co się dzieje. Biorę skalpel, (nie do końca wiem skąd się wziął) i gładko tnę od mostka do pępka. Rozwieram skórę, a pod nią tylko czerwona tkanka żadnych organów, tętnic, żył wszystko wypełniało niebieskie olbrzymie jajo. Wkładam ręce do brzucha i je wyjmuję. Android spocony i blady szepce do mnie "Dziękuję." i odpływa w nieprzytomność.
Zostaję z wielkim jajem w dłoniach czerwonych od płynów wewnętrznych androida. Jajo gdzieniegdzie ma grubszą skorupę, a gdzie indziej cieńszą. Boję się, że coś mu się stanie. Przypominam sobie o androidzie, ale on już siedzi tylko blady na krześle, żyje swoim nienaturalnym życiem, czarne gęste loki zlepia mu pot na czole. Wstyd mi, że nie zajęłam się Nim od razu, tylko poddałam się fascynacji nieznanym. Budzę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz